Krótka historyjka, której początek napisałam razem z Aerdine. Zainspirowana tymże, dokończyłam ją w wolnej chwili. Postacie te same, co w „Shadowstep” ale zupełnie nie związane z fabułą tamtej historii.

 

 

Mimo tego, że od wojny minęło już bardzo wiele czasu, to wciąż daleko na południu królestwa Quel’Thalas można było jeszcze spotkać niedobitki wojsk Plagi, głównie skupione w ruinach fortecy Daeth Holme. Całe stada umarlaków – cel jakże prosty i łatwy. Tak myślał na początku Aerdine. Jednak rzesze rozdziawionych paszcz skierowanych w jego stronę dość szybko uświadomiły mu, że samotna wycieczka nie była dobrym pomysłem i zaczął przeklinać siebie w duchu, że nie posłuchał rady swojej złotowłosej elfki i, mało tego, zrobił jej awanturę, że go ogranicza.

W tym momencie jego serce skuliło się w uścisku żalu, że może jej nigdy już nie zobaczyć, a ostatnie słowa, jakie rzekł, były tak przykre. Musiał się wydostać!

 

Ukłucie żalu zniknęło szybko, bardzo szybko. Na plecach poczuł falę przyjemnego gorąca. Magia. Spokój i opanowanie wypełniły jego ciało umożliwiając pełną koncentrację w inkantacji. Sin’dorei, ukryta potęga we krwi. Ręce maga ruszyły się szybciej niż ruch skrzydeł ważki. A potem zaczęło się piekło.

 

Oczywiście, że nie mogła zostawić go samego. Nie ważne, co gadał, jak piękne miał włosy i jak bardzo biegły był w sztuce magii. Była w Death Holme i pamiętała ile umarlaków i inszego plugastwa się tam panoszy. Wystarczy chwila nieuwagi i kończysz w zębiskach ożywionego trupa.

„Głupie, zarozumiałe elfie stworzenie…” – zaklęła poprawiają siodło strusia. – „Już ja cię przerobię… Możesz sobie gadać, co chcesz i tak cię, cholera, mimo to kocham!”

– Jedziemy, Nokka! – zawołała i dosiadła ptaszysko przy wtórze chrzęstu zbroi.

– Skrzeeek!

 

Płomienie szalały wokół, a pasma lodu pojawiające się na ziemi syczały zamieniając się w obłoki pary. Nieumarłe stworzenia znikały jedno za drugim. Był pewny swojego zwycięstwa, gdy nagle usłyszał głośny ryk. Ogromne stworzenie zwane w Undercity Paskudztwem, stworzone z resztek umarłych ogrów i innych zwierząt, zmierzało w jego stronę.

Aer zawahał się, po czym uniósł prawą dłoń.

„Pyro… blast…”

Przez chwilę wszystko zasłonił ogień i miał wrażenie, że w nim widzi złote oczy Variette – pełne złości i gotowe go zabić.

 

Niczym burza wpadła pomiędzy wysokie wieżyce podtrzymujące bramę dawnej fortecy wojsk Arthasa. Było bardzo cicho. Za cicho. Zsunęła się z siodła i ruszyła wolno wydeptaną uliczką. Czemu wokół było tak pusto? Smugi dymu unosiły się nad ziemią i gdzieniegdzie zobaczyła ślady wypalenia. Rozglądała się dokładnie, ale nic nie widziała. Nagle zobaczyła truchło ogromnego stwora. Podbiegła w tym kierunku i wtedy, kawałek dalej zobaczyła leżącego elfa.

– Aer!

Uklęknęła przy nim. Oczywiście był nadpalony! Mag ognia zawsze gdzieś się przypala, już się do tego przyzwyczaiła. Ale tym razem zdecydowanie przesadził, gdyż spalił sobie całą wierzchnią szatę. Zostały tylko strzępy białej koszuli i, na szczęście, całe spodnie. Variette zgrzytnęła zębami.

– Święte światło! – powiedziała i jasny promień zaklęcia uzdrawiającego uderzył w elfa.

Mężczyzna drgnął i po chwili otworzył oczy. Uniósł się na ramionach. Zobaczył ją i nagle jego twarz rozpromienił uśmiech.

– Vari! – zawołał radośnie.

– Ty… ty… ty… – złapała go pod szyją za resztki koszuli. – Ty wypacykowany blond elfie!

– No i czego się denerwujesz?

– Co ty sobie myślisz?! Myślisz, że twoja moc ochroni cię przed wszystkim?

– Jaki widać – uśmiechnął się, bardzo lubił jak się denerwowała i wpatrywała się tymi zimnymi zielonymi oczami, które nie były skażone blaskiem żadnego rodzaju magii.

– Jak zwykle, jako głupi, masz szczęście – podsumowała.

– Oj, nie denerwuj się. Przecież nic nie jest w stanie mnie pokonać i…

Bach! – aż podskoczył do góry słysząc ten dźwięk, który rozległ się gdzieś obok.

Nagle spomiędzy kamieni wyskoczyła wielka nieumarta ręka i zaczęła biec na palcach w ich stronę.

– Co do… Łaaaa! Zabierz to! Vaaar! Zabieeeerz!

– Święte uderzenie!

Ręka rozpadła się na proch.

– Ufff! Nie przeżyłbym, gdyby to mnie dotknęło… – jęknął opadając znów na ziemię.

– Ja cię zaraz dotknę! Mieczem! – wstała.

– No już nie denerwuj się – on również się podniósł i przeczesał swoje srebrzyste włosy. Nagle szybkim ruchem, łapiąc ją w talii, przyciągnął elfkę do siebie. – Ta zbroja idealnie pasuje do twoich oczu – szepnął. – Ale do tego przydałoby się jeszcze to – wolną dłonią, prosto z powietrza wyczarował błękitną, półprzezroczystą chustę z cieniutkiego jak pajęczyna jedwabiu i zawiązał ją na szyi elfki.

Variette prychnęła śmiechem.

– Nie czaruj mnie, twoja magia na mnie nie działa – popatrzyła mu w oczy z rozbawieniem i odsunęła się.

Elf wypowiedział nowe zaklęcie, które w tajemniczy sposób odświeżyło jego przypalony strój, a następnie znów z powietrza wyciągnął długą błękitną szatę i przywdział ją. Podniósł z ziemi swój jednoręczny miecz i przypasał go.

Variette popatrzyła smutno na budowle twierdzy. Aerdine stanął tuż obok niej i również wbił wzrok w szpiczaste wieżyce.

– Nie wydaje ci się, że kiedyś wypadałoby zrobić ostateczny porządek z tym miejscem? – rzekła cicho.

– Kiedyś był tu ładny las – dodał.

Popatrzyli na siebie znacząco. Variette sięgnęła za plecy i wyciągnęła swój złocisty kostur najwyższej kapłanki.

– Będziesz mnie osłaniał?

– Jak zawsze, dalah’surfal! (my love)

Ruszyli w stronę ogromnych budowli w centrum twierdzy. Z każdej strony poczęły wychodzić umarlaki i duchy, które snuły się w ich stronę.

– Teraz – szepnął.

– Święty gniew!

– Lodowy wybuch!

___________________________________________________________________