Historia Centauri Senshi – Sailor Moon fanfick

Jesteśmy długowieczną, skrzydlatą rasą zamieszkującą planetę Rigil. Przez tysiące lat rozwijaliśmy naszą kulturę i wiedzę, ze szczególnym naciskiem na poszerzanie zdolności magicznych i badanie wszechświata oraz prawideł rządzących światem gwiazd i kosmosu.

Dawno dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych,  kiedy „Sailor Moon” była codziennie w polskiej tv, wymyśliłam moją własną sailorkę – Sailor Alpha Centauri. Wtedy bardzo chciałam być astronomem (jednak po wielu latach znajomość matematyki to zweryfikowała, więc zostałam biologiem  ) więc sporo wiedziałam o gwiazdach (dalej zresztą wiem dużo :D ) i Alpha Centauri i Centaur były moimi ulubionymi obiektami.
Naprawdę nie interesuje mnie to, że ktoś wymyślił taką samą czarodziejkę. Ja ją stworzyłam w 1996 roku (i nawet mam gdzieś koszmarny art z tamtych czasów xD naprawdę bardzo koszmarny) i na pewno wrzucałam jakieś arty – moje pierwsze koślawe digitale, gdzieś w okolicach 2007 lub 08, ale skasowałam je jak kasowałam sporo prac w galeriach.
Tak czy inaczej, w latach 90tych bardziej się skupiałam na tym, że Alpha była członkiem grupy star sailors i historie z nimi wymyślałam. Ponad rok temu trafiłam na Doll Divine i Sailor Senshi Maker – grę flash, zrobiłam prawie wszystkie Sailorki z Konstelacji Centauri (na więcej nie pozwala darmowa wersja portalu  a link wyżej) i zaczęłam wymyślać tę część historii Alpha Centauri. To jest pierwsza część.
Plis endżoj mój drugi fanfic w życiu ;] Będzie tego więcej.

Rozdział pierwszy – Błękitny Rigil – Alfa Centauri A

Jesteśmy długowieczną, skrzydlatą rasą zamieszkującą planetę Rigil. Przez tysiące lat rozwijaliśmy naszą kulturę i wiedzę, ze szczególnym naciskiem na poszerzanie zdolności magicznych i badanie wszechświata oraz prawideł rządzących światem gwiazd i kosmosu. Nie opanowaliśmy zbyt dobrze magii żywiołów, ale skupiliśmy się na takich zdolnościach jak telepatia, pozazmysłowe postrzeganie, projekcje i formowanie materii mocą umysłu. Dzięki temu nasi magowie mogli tylko za pomocą myśli podróżować przez przestrzeń kosmiczną i poznawać ją.
Badania zaczęliśmy od najbliższego otoczenia. Nasza planeta znajduje się układzie dwóch, wzajemnie obiegających się gwiazd. Obie nazywaliśmy zawsze po prostu Rigil, uwzględniwszy w nazwie tylko ich barwy, jako że bliższa nam gwiazda świeciła bardziej srebrnym lub błękitnym światłem, a druga złotym. Odkryliśmy, że dzięki temu złożonemu układowi nasza planeta mogła być zdatna do życia. Niebieski Rigil i Złoty Rigil okrążając się wzajemnie, dawały nam tyle światła i ciepła, aby zapewnić łagodny klimat, obecność wody i atmosfery na planecie, która zaś, jak odkryliśmy, obiegała Błękitny Rigil. Po pewnym czasie nasze badania poprowadziły nas dalej i odkryliśmy jeszcze jedną gwiazdę. Znaliśmy ją zawsze, ale nikt nie przypuszczał, że również jest częścią naszego układu, gdyż znajdowała się dość daleko i nie była zbyt jasna. Jednak jej promieniowanie miało pewien wpływ na nasz gwiezdny system. Nazwaliśmy ją Proxima, czyli „najbliższa”, gdyż była najbliższą nam gwiazdą.
Badania trwały, a my zastanawialiśmy się, jak rodzą się gwiazdy i jaka jest praprzyczyna ich istnienia. Odkryliśmy, że Wszechświat opiera się na jednym, niesłychanie uniwersalnym prawie, które jednych z nas przeraziło a innym przyniosło niezwykły spokój ducha. Istnienie wszystkiego jest niekończącym się cyklem odradzania się na nowo. Nie tylko życie, jak na naszej planecie wszelkie organizmy, ale także istnienie gwiazd i galaktyk podlega tej nadrzędnej zasadzie. Umierająca gwiazda może zakończyć swoje życie, ale jej materia nie zniknie. Prędzej czy później uformuje się z niej nowa gwiazda i da początek nowym istnieniom.
Widywaliśmy gwiazdy, które kończyły swój żywot w ogromnym wybuchu wyrzucającym ich cząstki w przestrzeń. Widywaliśmy pozostałości po takich eksplozjach i rodzące się w nich nowe życie. Były też gwiazdy gasnące powoli i takie, które u kresu życia pierw rosły a potem, wyrzuciwszy resztki swej materii, gasły. Zaczęliśmy się zastanawiać, co spotka nasze życiodajne gwiazdy. Odkryliśmy, że ich wyjątkowa stabilność zapewnia naszemu układowi wiele milionów lat życia. To nas uspokoiło i mogliśmy dalej prowadzić nasze badania.
Gdy już poznaliśmy naturę gwiazd, zaczął nas interesować szerszy obszar – galaktyka. Jak miliardy gwiazd mogą skupiać się w tak ogromnej strukturze i nie rozlatywać się w przestrzeń? A gdzie był początek? Co dało początek tym wszystkim gwiazdom? W swoich podróżach wykorzystujących duchowe projekcje nasi badacze dotarli aż do samego środka galaktyki. To, co tam zobaczyliśmy, wprawiło wszystkich w osłupienie. Wszystko wirowało wokół ogromnego kotła. Kotła czy dziury – nie wiedzieliśmy jak nazwać to zjawisko. Materia gwiezdna wpadała tam z ogromną prędkością i znikała. Przeraziliśmy się, bo oto mogło się wydawać, że nasza galaktyka jest powoli wsysana i czeka nas tylko koniec. Ale przecież nie możliwe jest, żeby materia i energia zniknęły od tak. Czyżby wszystko na koniec wracało do tego gigantycznego kordonu?
Wiedzieliśmy, że wszystko musi podlegać prawie odrodzenia, więc niemożliwym jest, by zapadnięta energia znikała. Być może faktycznie wszystko powróci na koniec w to miejsce i pochłonąwszy całą galaktykę wybuchnie i odrodzi ją na nowo. Wszystko tu powstało i wszystko tu się skończy. Takie były nasze teorie.
Uznawszy, że niczego więcej nie możemy już odkryć, gdyż nie mogliśmy spojrzeć w przyszłość galaktycznego kordonu, wróciliśmy naszymi astralnymi projekcjami do domu. Ale podczas tej wędrówki odkryliśmy jeszcze jedną interesującą rzecz. Na początku naszej podróży obserwowaliśmy pewną gwiazdę, która później znalazła kres życia w ogromnym wybuchu. Wybuch stworzył wielką mgławicę, ale zaobserwowaliśmy w niej słabe świetlne punkty, które uznaliśmy wtedy za pozostałość gwiazdy. Nie przywiązywaliśmy do tego większej wagi, gdyż zbadaliśmy zjawiska śmierci gwiazd dość dobrze już wcześniej. Teraz jednak, po tysiącach lat jeden z badaczy zwrócił uwagę na ten obłok i zobaczył w nim młode gwiazdy. Jedna z nich miała identyczną energię jak ta, która znajdowała się tu tysiące lat wcześniej. Czyżby były jednak pewne stałe elementy w gwiezdnym cyklu? Długo rozważaliśmy to i w końcu jeden z nas spróbował udać się do centrum galaktycznego kordonu. Było to bardzo niebezpieczne, gdyż grawitacja w tym miejscu była tak silna, że żadna cząstka nie mogła z niego uciec. Jednak ta osoba posiadała niesłychanie silny umysł i wykorzystując prawa fizyki, o których my nawet nie mieliśmy pojęcia, uwolniła się ze środka pochłaniającej wszystko dziury w centrum galaktyki, a jej projekcja przekazała nam to, czego się dowiedziała. Wszystko podlegało cyklowi odrodzenia, ale galaktyka w pewien sposób zabezpieczyła się przed niestabilnością lub zjawiskami z zewnątrz, które mogłyby go zakłócić. Pewne gwiazdy były stałe i odradzały się na nowo od początku istnienia. Po ich śmierci zawsze pozostawało ich jądro o ogromnie wysokiej energii, które później odtwarzało całą postać inicjując procesy syntezy jądrowej. Te jądra były tak małe, że nie sposób było ich dojrzeć w gwiezdnych obłokach. Małe kryształy o średnicy nie większej niż trzy palce, zbudowane z jarzącej się czystym blaskiem gwiezdnej plazmy. Strażnicy galaktyki, mocarne gwiazdy, które swoim promieniowaniem i grawitacją zapewniały jej stabilność. Gwiazdy, które chroniły galaktykę przed wszelkimi anomaliami z kosmosu. Te gwiazdy miały własną świadomość. Swoją duszę, jak nazywali to mistycy. Kreowały wokół siebie układy planetarne i dawały życie różnym istotom.
Okazało się jednak, że to za mało. Sama obecność tych nieśmiertelnych ciał niebieskich nie wystarczała, aby ochronić galaktykę. Nigdy nie wybraliśmy się dalej niż granice Spirali – tak nazywaliśmy umownie naszą galaktykę, ale widzieliśmy z jej krańców, że istnieją galaktyki, które kończyły swoje żywoty w chaosie wybuchów plazmy i mogły nie odrodzić się po tym zjawisku. Aby temu zapobiec, gwiazdy potrzebowały czegoś więcej niż swoja płonąca forma. Kryształy gwiazd stworzyły więc dla siebie ciała…
Taki strażnik z nieskończoną mocą swojej gwiazdy bronił swojego układu i całej galaktyki. Stał na straży odwiecznego cyklu odrodzenia. Chronił życie na swoich planetach. Gdy jego ciało umarło, odtwarzał je dzięki mocy swojego kryształu. A gdy jego gwiazda kończyła swój żywot, odradzał ją i tworzył nowe życie. Wszystko po to, aby za setki miliardów lat wszystkie gwiazdy wróciły do galaktycznego kotła i aby cała galaktyka umarła i narodziła się ponownie.
To wiekopomne odkrycie wywarło na nas ogromne wrażenie. Ale jedno nie dawało nam spokoju. Gdzie więc był nasz strażnik? Nasza cywilizacja istniała już kilkaset tysięcy lat i nigdy nie ujrzeliśmy nikogo, kto władał mocą pochodzącą od Błękitnego Rigel. A może nasza gwiazda wcale nie miała mocy? Jednak tylko gwiazdy strażnicze miały dość sił, aby stworzyć wokół siebie planety pełne życia, więc wiedzieliśmy, że osoba z mocą kryształu musiała odrodzić prędzej czy później. Długie wyczekiwanie wpędziło nasz lud w strach i obawy, czy bez naszego strażnika będziemy w stanie odeprzeć jakieś zagrożenie spoza układu.
Chcąc odsunąć od siebie te niepokojące myśli, wróciliśmy do naszych badań ale skupiliśmy się na najbliższych nam obiektach. Tak odkryliśmy, że nasz układ to nie tylko trzy gwiazdy i jedna planeta, ale znacznie większa gromada powiązanych ze sobą grawitacyjnie ciał niebieskich. Ich wzajemne oddziaływanie było czasem tak małe, że nic dziwnego, że nie zauważyliśmy go wcześniej. Cały system składał się z dwudziestu czterech gwiazd, a jego centrum stanowił nasz układ podwójny. Wydawało się, że ta liczba ma jakoweś mistyczne znaczenie, ale nie dane nam było tego odkryć. Każda z tych gwiazd była w jakiś sposób zależna od naszej Rigel, znaczyłoby to więc, że nasza gwiazda jest najpotężniejsza. A fakt, że posiada planetę, potwierdzał, że Rigel jest jedną z gwiazd strażników. Co więc z pozostałymi gwiazdami? Czy też miały nieskończoną moc odrodzenia? Odpowiedź na to pytanie pojawiła się nagle z zupełnie innego źródła.
Od dawna obserwowaliśmy pewną gwiazdę, która znajdowała się bardzo blisko nas. Nigdy nie udaliśmy się w jej okolice, ale wiedzieliśmy, że posiada potężny układ planetarny i że prawdopodobnie istnieje w nim życie. Właśnie z tego systemu zawitali do nas goście. Były to dwie wojowniczki nazywające siebie wojowniczkami w mundurkach – strażniczki owego układu, posiadające gwiezdne kryształy. Złotowłosa Sailor Sun opiekująca się centralną gwiazdą układu oraz srebrnowłosa Sailor Moon posiadająca moc jednego z ciał planetarnych, satelity obiegającego planetę zwaną Ziemia, na której rozwinęło się życie, przybyły na Rigel. One również obserwowały nas od dłuższego czasu, gdyż ich Słońce i nasz Rigel były najbliższymi sobie gwiazdami w galaktyce. Wojowniczki postanowiły sprawdzić czy nie grozi im nic z naszej strony.
Opowiedziały o swoim domu zwanym Układem Słonecznym, o Ziemi bardzo podobnej do naszej planety i o Srebrnym Millenium – królestwie powstałym na Księżycu, którego mieszkańcy stali na straży ewolucji Ziemi. My zaś podzieliliśmy się z nimi naszym zmartwieniem, a wojowniczki uspokoiły nas. Rozpoznały w naszej podwójnej gwieździe gwiazdę strażniczą i powiedziały, że ucieleśnienie strażnika rodzi się wtedy, gdy uzna to za stosowne. Co potwierdziły tym, że Sailor Sun długo pozostawała uśpiona wewnątrz swej gwiazdy, a główne obowiązki strażnika Układu Słonecznego spoczęły na Sailor Moon oraz kilku innych wojowniczkach, które posiadały moc pozostałych planet w Układzie. Rzekły także, że nasz układ dwudziestu czterech gwiazd widziany z ich planety przypomina kształtem centaura, istotę, która obecna była w ziemskich baśniach, a która miała formę skrzydlatego człowieka z czterema nogami zakończonymi kopytami. Wyobrażały sobie, że tak możemy wyglądać, ale bardzo ich rozczarował brak czterech nóg u naszej rasy. Mówiły, że nazywają nas gwiazdozbiorem Centaura a naszą najjaśniejszą gwiazdę Rigel, którą widzą jako jeden obiekt, zwą Alfa Centauri. Co miało oznaczać gwiazdę alfa z centaura. Alfa była pierwszą literą jednego z ziemskich alfabetów, a ich astronomowie wyznaczając jakąś konstelację nazywali gwiazdy kolejnymi jego literami szeregując ciała niebieskie według jasności.
Przeglądając nasze badania, stwierdziły, że każda z naszych gwiazd prawdopodobnie posiada także swój kryształ, ale zdecydowanie najpotężniejszy jest podwójny układ Rigel, od którego wyczuły ogromną, pozytywną moc. Zasugerowały, że reszta gwiazd może być po prostu jej strażnikami. Sailor Sun opowiedziała, że gwiazdy lgną do siebie i wzajemnie się chronią. Strażnicy planet Układu Słonecznego są zdecydowanie mniej potężni od dwóch głównych czyli Sailor Sun i Sailor Moon, ale zaś one czują się tak potężne, gdyż wiedzą, że są chronione przez swoje satelity.
Na koniec wizyty jeszcze raz zapewniły nas o swej przyjaźni i podniosły na duchu mówiąc, że nasz strażnik na pewno odrodzi się w swej ludzkiej formie. A gdyby ktoś naszą planetę atakował, zaś Sailor Alfa Centauri nie przybyła, możemy poprosić System Słoneczny o pomoc.
Podziękowaliśmy tym dwóm wspaniałym wojowniczkom. Dzięki nim znów zatliła się w naszym sercu nadzieja i poczucie bezpieczeństwa.
W miejscu, gdzie krzyżowały się najpotężniejsze pasma promieniowania naszej planety, na szczycie góry wybudowaliśmy miasto wraz ze świątynią. Nazwaliśmy je Kentaurus, na cześć nazwy jaką nadają nam nasi sąsiedzi z Układu Słonecznego. Nazwa ta tak bardzo spodobała się nam wszystkim, że wkrótce zaczęliśmy o sobie mówić jako o Układzie Centaura.
Dla mnie Alrica Izar to wyczekiwanie było jednak zbyt uciążliwe. Żyłem już kilka tysięcy lat i dalej z zapartym tchem myślałem o naszej królowej. Nie wiem dlaczego, ale byłem przekonany, że to będzie królowa. Może fakt spotkania tamtych dwóch wojowniczek w mundurkach zasiał w mojej głowie przeświadczenie, że każdy strażnik jest kobietą, co oczywiście nie było prawdą, ale byłem tego niemal pewien, że nasza będzie bez wątpienia płci żeńskiej.
Ponieważ nie mieliśmy władcy, co jakiś czas wybieraliśmy tego, który prowadził nasz lud. Ten zaszczytny obowiązek spadł na mnie, gdy skończyłem lat sto. Być może ta niezwykła długość mojego życia sprawiła, że tak bardzo wyczekiwałem kogoś, kto zabierze z moich barków obowiązki rządów. Jednak głównym powodem było to marzenie w moim sercu, które tliło się od lat dziecinnych. Wyobrażałem sobie naszą piękną królową i jej ogromną moc gwiazdy, którą potrafi dokonywać cudów. Zaś po spotkaniu dwóch wojowniczek Układu Słonecznego, zrozumiałem, że na pewno będzie ona wyjątkowa. Dlaczego? Sailor Moon i Sailor Sun poza posiadaniem niezmierzonej siły gwiazd, miały w sobie coś specjalnego. Ich osobowości po prostu przyciągały do siebie. Jak gwiazdy swoją grawitacją. Nic dziwnego, że ich strażnicy – wojowniczki dziewięciu planet Układu, tak ich kochały.
Żyłem już bardzo długo i mimo młodego wyglądu, który był cechą naszej rasy, zaczynałem zastanawiać się nad końcem. Jednak nie czułem oznak słabnięcia. Wciąż moja energia życiowa utrzymywała się na tym samym  wysokim poziomie, co eony wcześniej. Nawet zdecydowanie za długo jak na mieszkańca Rigel. Czyżby był jakiś cel tego? Życie zaczęło mi się nużyć i jedyne, czego pragnąłem, to ujrzeć naszą wspaniałą królową. Całymi dniami myślałem tylko o niej, a w nocy śniłem. Musiałem włożyć wiele wysiłku, aby opanować swoje rosnące szaleństwo i jednocześnie sprawnie kierować ludem.
Pewnej nocy nie mogłem już wytrzymać. Tęsknota w moim sercu przybrała tak ogromne rozmiary, że była już fizycznie nie do zniesienia. Wyszedłem na taras swego wykutego na skalnej ścianie domu. Świtało już. Wschodzący powoli Błękitny Rigel barwił niebo na złocisty kolor. Zawsze tak było. Obie nasze gwiazdy były w gruncie rzeczy bardzo podobne. Złoty Rigel był jedynie minimalnie bardziej żółty od swojego towarzysza. Zacząłem się zastanawiać, czemu nasi przodkowie nazwali główną gwiazdę błękitną, skoro i tak emitowała jasne białe światło. Wpatrzyłem się w gwiezdną tarczę wyłaniającą się zza horyzontu. Jej jaśniejące światło oślepiło mnie, ale nie wiem czemu, dalej się w nią wpatrywałem. Zebrał się wtedy we mnie cały żal mojego istnienia. Ciskałem w kierunku gwiazdy moje złe myśli. Skoro dałaś mi życie, to odbierz je wreszcie i skróć moje męki, skoro nie chcesz się pokazać. W głowie kłębiły mi się wypowiedziane przez Sailor Sun zdania, że często dusza strażnika podróżuje po innych światach i nie wiadomo, kiedy się odrodzi, ale zawsze koniec końców się odradza. Wreszcie moje oczy odmówiły posłuszeństwa i, czy to z oślepienia czy z żalu, załzawiły się mocno. Przetarłem je wierzchem dłoni i wtedy znów spojrzałem na Rigel.
„Rigel! Moja gwiazdo… Alfa Centauri…” – przemknęła mi przez myśl nadana przez mieszkańców Układu Słonecznego nazwa.
Nagle tarcza Rigel rozbłysła o wiele jaśniej niż zwykle. Zakryłem oczy, ale chciałem zobaczyć, co się dzieje. Szybko pobiegłem do pokoju i znalazłem wypolerowany, cienki krążek z obsydianu – czarnego minerału, który używaliśmy czasem do obserwacji aktywności naszych gwiazd centralnych. Wprost idealnie było przez niego widać koronę i pasma wiatru gwiezdnego unoszące się z powierzchni. Zamarłem. Oto od błękitnego Rigel oderwał się świetlisty punkt i szybował w kierunku planety. Odłożyłem w panice ciemne szkło. Czyżby groziła nam zagłada? Już miałem wybiec z komnaty i wezwać wszystkich magów, ale coś mnie zatrzymało. Jakieś przeczucie. Obróciłem się i zobaczyłem, że ten oderwany od gwiazdy fragment jest teraz bardzo mały. Widocznie jego ogromną wielkość zasugerowała mi siła błysku. Teraz jednak widziałem, że jest niewielki, niczym spadające czasem w rojach meteory. Wszedł w atmosferę naszej planety i spadł w niedalekich górach. Czy to możliwe? Musiałem to zbadać. Nasze skrzydła ułatwiały nam podróżowanie w znacznym stopniu, szybko więc dostałem się na miejsce. Z daleka widziałem, że meteor wybił krater średnicy kilku metrów. Coś tam jeszcze się świeciło. Wylądowałem i pobiegłem w tym kierunku.

 

 

Zatrzymałem się oniemiały na brzegu wgłębienia. Na środku leżał niewielki błękitny kryształ, który wciąż świecił. Gdy wyciągnąłem po niego rękę nagle rozbłysnął ciepłym złocistym światłem, tak mocnym, że musiałem zasłonić oczy. Po chwili wszystko zgasło i mogłem spojrzeć przed siebie. Nie było już kryształu, a na jego miejscu leżała postać kobiety w błękitnej sukni koloru nieba. Miała długie, złociste włosy i białe skrzydła, choć nieco innego kształtu niż typowo rigelańskie. Jej oczy były zamknięte, uklęknąłem i sprawdziłem puls. Żyła. Gdy odgarniałem jej włosy, aby to zrobić, zobaczyłem na jej czole znak – błękitną ośmioramienną gwiazdę.
Rigel. Nasza podwójna gwiazda. Alfa Centauri. Nasz strażnik i wojowniczka w mundurku. Wreszcie przybyła. Nasza królowa. Sailor Alfa Centauri.

 

This is fanfiction, Sailor Moon belongs to Naoko Takeuchi

Sailor Alpha Centauri and others are mine charas. Do not use them!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *