Historia tfurczości Aquy

Przyznaję, że ten post powstał w dużej mierze pod wpływem Monstee – potwora, ale muszę również dodać, że kilka dni temu również mi się wzięło na wspominki, choć bardziej pod kątem psychologicznym. Zaczęłam szukać dat, kiedy się poznałam z pewnymi ludźmi i udało mi się zbłądzić na pierwsze posty na mym profilu na deviantarcie… To było tak dawno, że aż nie wierzę. Prawie dziewięć lat temu!
W mojej pamięci czas nie jest linią a raczej nieustannie wirującym zlepkiem zdarzeń i dopiero, gdy próbuję je umiejscawiać w czasie, dociera do mnie fakt, że coś było dawno.
Moja historia sięga czasów o wiele dawniejszych niż moje początki na devie. Część informacji można wyczytać na stronie „O mnie”. Jednak wydaje mi się to wszystko o wiele bardziej złożone i sięgające jeszcze dalej w przeszłość. Fajnie będzie to opisać.

Na początek muszę coś zaznaczyć. Nie będę pisać o sobie jako o rysowniku czy pisarzu, ale jako o twórcy. Za takiego kogoś siebie uważam, a owe dwie dziedziny są narzędziami wybranymi do uzewnętrzniania moich wizji. Równie dobrze mogłabym być reżyserem filmów lub montażystą – do czego, nawiasem mówiąc, również zawsze mnie ciągnęło.

 

Na stronie „O mnie” napisałam, że wszystko się zaczęło w 1996 roku, ale to nieprawda. Wcześniej miały miejsce inne wydarzenia, których wpływ na spaczenie mojej wyobraźni był istotny.

Jestem dzieckiem lat 80. I posiadam dziwny umysł, który bardzo dużo pamięta. Pamiętam jeszcze jak dopiero co zaczęłam chodzić i przechodziłam przez barierki w żelaznym łóżeczku, pamiętam jak dziś sporo sytuacji z działki, wakacji, zerówki. Ze szwajcarską precyzją mogę odtworzyć rozkład mebli z czasów przedszkolnych – w mieszkaniu, w którym obecnie mieszkam i mieszkałam wtedy. Ciekawe, że nie pamiętam Czarnobyla… Według matki, wyrzygałam cały płyn Lugola, który wtedy podawali na ochronę tarczycy.
Poza tym wydarzeniem, naprawdę bardzo bardzo dużo pamiętam. Dlatego mimo wszystko uważam się za dziecko zarówno lat 80. jak i 90., ponieważ w obu dekadach przeżyłam coś.
Ponieważ byłam jedynakiem, musiałam jakoś zorganizować sobie swój własny czas. Miałam więc wymyślonych przyjaciół w postaci dwóch par srok i lisów, którzy byli małżeństwami. Zaznaczam, że sroczyce z lisami były skojarzone, a nie sroka ze sroką… Zaprawdę nie wiem, jak na to wpadłam. Mam wrażenie, że jakaś bajka mnie zainspirowała, ale nie mogę skojarzyć co to mogło być. Poza tymi dziwnymi zwierzętami uwielbiałam wymyślać historie o dziwnych krainach, które układałam z klocków, papieru, wycinanek, figurek i co tam się znalazło.
W moim wczesnym dzieciństwie największy wpływ wywarła na mnie „Cudowna podróż” Tove Janson, która leciała w tv i to było chyba pierwsze anime w Polsce (tak, to była produkcja japońska!), a emitowane było jeszcze przed upadkiem komuny. Sprawdziłam to, polska emisja miała miejsce w 1988 roku. Książkę oczywiście też przeczytałam na lewo i prawo i do tyłu i po rozdziale. Uwielbiam tę historię! Moje zainteresowania przyrodnicze i fakt, że rzeczywiście mogłam pohodować sobie trochę realnego ptactwa sprawiły, że do tej pory uważam, że jestem w stanie się ze zwierzakami porozumieć. Ptaki to naprawdę mądre stworzenia! A kury są wyjątkowo sprytne i można je wytresować. Dalej bym bardzo chciała mieć kury…
Oprócz „Cudownej podróży” był też Pies Pankracy oraz hit tamtych lat czyli „Było sobie życie”. Jak wiadomo, Aqua jest przyrodnikiem i kocha świat. To mnie inspiruje i inspirowało zawsze. Wspominam o tym, ponieważ uważam, że bycie naukowcem i przyrodnikiem jednocześnie, to nierozerwalne połączenie w moim życiu.
Mówiące zwierzęta to pierwszy przełom.

A potem zmienił się ustrój polityczny i świat zaczął się zmieniać. Ciekawym trafem zbiegło się to z początkiem szkoły podstawowej, do której wyemigrowałam z warszawskiej Pragi na Ursynów.
W tamtym czasie bardzo pogłębiałam swoje zainteresowania przyrodnicze. Głównie astronomię, paleontologię i geologię. No i oczywiście moje ukochane ptaszory. Nie zapomnę sceny, gdy powiedziałam w klasie (chyba w pierwszej albo drugiej), że za pięć miliardów lat Słońce wybuchnie – wywołałam panikę, a jedna koleżanka zaczęła się nawet modlić i grozić Wszechmogącemu (normalnie się wystrzegam pisania emotek, ale to zasługuje na duże IKS DE xD ).
Rysowałam fatalnie i pisałam fatalnie. W każdym moim świadectwie (które jakimś BARDZO dziwnym zrządzeniem losu przeglądałam kilka dni temu) było napisane, że mam bardzo duży zasób wiedzy i w ogóle jestem mega mega mega, ale brzydko piszę i brzydko rysuję… Że jestem mało staranna i ciul „uczennica w tym semestrze bardzo opuściła się w nauce” – czytaj z oceny „doskonale” na „bardzo dobrze”.
Do dziś jak dostaję 4 a nie 5 to jest to dla mnie cios największy, bo jak się nie uczę wcale, to dostaję 3 i jest git. Ale jak dostaję 4 to znaczy, że za mało wykułam i za mało pracuję – embiszyn mnie zeżre kiedyś.

 

magiaimiecz Na początku lat 90. pojawił się największy przełom w mojej głowie, a składał się on z trzech rzeczy, które nałożyły się na siebie. Po pierwsze, Sfera wydała w 1991 roku legendarną grę „Magia i Miecz”, której pierwsze wydanie trzymam do dziś i traktuję każdą kartę z wielkim namaszczeniem.
Po drugie, ciekawym zrządzeniem losu dwaj znajomi moich rodziców interesowali się fantasy, przy czym jeden miał pokaźną kolekcję książek, a drugi wyhaczył inną grę, która zawitała do Polski wraz z otwartymi granicami – równie legendarną jak „MiM”, karciankę Magic The Gathering. Uwielbiałam arty na kartach i gapiłam się na nie przez wiele godzin.

 

Po trzecie, miałam wtedy Amigę i w moje ręce trafiła raczej nie legendarna gra Black Crypt. Gra była wydana fantastycznie – pudełko, książeczka (mam ją do dziś ofc!), cała historia w książeczce i grafika wydawała się wtedy tak wspaniała, jak co najmniej dzisiejszy „Wiedźmin”. Główny zły czyli mag Estoroth skradł me serce. W ogóle cały pomysł gry był ciekawy. Teraz mało w której grze musimy na przykład zbierać swoje strzały z zabitego potwora, bo nie wiadomo kiedy znajdziemy nowe. Albo trzeba było ustawiać odpowiedni woreczek na noże, jeśli się chciało nimi rzucać, bo z innego było widać niewygodnie je wyciągać naszej postaci.

Black Crypt (gif ze strony ravengames.com)

Postacie musiały spać, jeść i czasem chorowały, albo się zatruły, gdy ugryzło je coś jadowitego. Mam tę grę, jednak nie jestem w stanie uruchomić emulatora Amigi w pasujących dla niej ustawieniach… Może jeszcze kiedyś spróbuję. Electronic Arts maczało trochę w tym palce jeśli idzie o wydanie gry. A tak wyglądał zdaje się sam Estoroth jako ostatni boss, jeśli dobrze pamiętam. Z „Black Crypt’a” zostało mi w duszy ulubione zaklęcie „Fire Vortex” oraz cztery artefakty, które powoli, wraz z rozwojem kolejnych historii, o których zaraz opowiem, odchodziły w dal. Najpierw zniknął Zamrażacz Dusz wraz z młotem Forcehammer, jakiś czas trzymała się inspiracja tarczą – moja postać miała tarczę w postaci kamienia na wewnętrznej stronie dłoni i mogła ją przywoływać. Najdłużej, bo chyba do dziś, trzyma się miecz Vortex, ale tylko nazwa pozostała, gdyż jego właściwości przecinania czasoprzestrzeni nie pasują do historii.

 

walkiriaW ostatnim z dodatków do „MiM” było coś, co mnie zabiło – postać Walkirii. „Tak! To będę ja!” – rozbrzmiało mi w głowie. W ten oto sposób połączyły się w mojej głowie: Walkiria, cztery bronie-artefakty z „Black crypt’a”, zafascynowanie ptakami oraz książki Davida Eddingsa. Aaaaa i jeszcze wszystko co disneyowskie, zwłaszcza „Król lew” z Lwią Skałą (motyw się często przewija w moich opowiadaniach) i muzyka Hansa Zimmera.
Tak powstała Aquamarine – Akwamaryn. Królowa Skrzydeł i Piór – szumny tytuł mnie, która żyła na planecie zwanej Iderą, gdzie żyją wszystkie gatunki ptaków ze wszystkich światów, a ona jest ich guardem. Planeta jest wielkości Jowisza i znajduje się gdzieeeeś w innym wymiarze.

Wtedy też zaczęłam trochę rysować i malować. Malować przede wszystkim abstrakcje z kolorowych plam, a rysować postacie disneyowskich kaczek (swoją drogą kocham Donalda i siostrzeńców do dziś i kolekcję komiksów mam pokaźną). Dostałam w prezencie „Maluj i rysuj z Donaldem” czy jakoś tak to się nazywało. Miałam straszny problem z dziobami z półprofilu… Teraz z pamięci mogę trzaskać kaczki w pięć sekund, ale wtedy to był to dla mnie wyczyn nie do pobicia. Powstała też seria myszowilków (just do not ask…) i jakiś innych stworzeń. A przede wszystkim smoków. W „MiM” było bardzo dużo smoków (zaskakująco najwięcej w dodatku „Smoki”…) i zaczęłam je rysować.
Ach, co ważne. Wtedy pierwszy raz zetknęłam się z grafiką komputerową.
deluxepaiProgram nazywał się Deluxe Paint i był na Amigę (w tamtych czasach Amiga była potęgą i posiadała tak zaawansowane programy, podczas gdy IBM dopiero startował). Miałam także skaner ręczny. Skanowałam kaczory i je kolorowałam. Czad!

Zobaczcie zresztą jak wyglądał interfejs i pierwsze arty. Komuś to coś przypomina? To był dopiero rok 93, gdzie wtedy były Fotoszop i Windows… Trochę przypomina to obecny pixel art, ale jak widać, ludzie robili na tym interesujące rzeczy. Podobno „Terminator” był w tym rysowany, ale nie wiem ile w tym prawdy.

 

W mojej głowie, oprócz fantasy, gościły też seriale sensacyjne jak „Airwolf” i „Drużyna A”, a później także „Seaquest”. Zwłaszcza ten pierwszy o super śmigłowcu skradł me serce. Pamiętam, że wymyślałam jakąś swoją postać i wplatałam ją w fabułę. Podobnie było z książkami Eddingsa. „Diuna” również mocno odcisnęła na mnie swoje piętno, ale nie miałam żadnej oc’ki w tym świecie. O dziwo, ominął mnie Tolkien. Wiem, że to świętokradztwo, co powiem, ale po prostu nie przepadam za stylem pisania mistrza. Uwielbiam historię i czczę pieczołowitość z jaką wykreował świat i wszelkie detale. Jest dla mnie wzorem pod tym względem, ale jednak to nie moja bajka.

 

A potem przyszedł rok 1995 i stało się to, co zmieniło życie wielu ludzi – Polsat wyemitował „Czarodziejkę z Księżyca”.
Nie zapomnę do dziś naszych dywagacji z koleżankami jak będą wyglądać czarodziejki z kolejnych planet. Niestety, ku mojemu wielkiemu cierpieniu, nie wyglądałam idealnie jak któraś z czarodziejek. Najbardziej upodobałam sobie Venus i do niej byłam nieco podobna ze względu na to, że miałam kiedyś jasne włosy. Ale miałam zielone oczy i nie byłam wystarczająco jak Venus, więc było mi źle na duszy. Moja koleżanka z klasy zaś była bardzo wysoka i podobna do Jupiter. Tak bardzo chciałam wyglądać jak Minako…
Ten serial to był szok dla systemu. To była kwintesencja wszystkiego, czego poszukiwałam w czymś do czytania/oglądania. Fantasy wojowniczki w real świecie – pasuje jak ulał. Drugie po „He-manie” i postaci Czarodziejki – o którym zapomniałam napisać wcześniej, coś co mi się wbiło w głowę. Czarodziejka jednak była tylko czarodziejką, a nie walczyła fizycznie. To mi trochę nie pasowało, więc Sailory zapełniły lukę.
Anyway, jak może ktoś pamięta z poprzednich akapitów, interesowałam się astronomią. Ta pasja towarzyszy mi do dzisiaj, a wtedy pomogła mi stworzyć własne oc’ki w świecie sailorek – gwiezdne czarodziejki. W tym była moja, z mojej ukochanej gwiazdy Sailor Alfa Centauri. Sailorki sprytnie połączyłam z historią Akwamaryny, jakoby ona zreinkarnowała się w tym świecie jako Sailor Alfa Centauri, żeby walczyć u boku innych wojowniczek.
Oprócz niej były też Betelgeuse, Orion, Sirius, Golden i Silver Star, North Star, Death Star, Lost Asteroid i nie wiem co jeszcze, gdyż poszły w zapomnienie. Pewnie w jakimś pamiętniku są spisane. Wiem, że było ich chyba dwanaście gwiazd i dwanaście planet i każda sailorka była patronką jakiś zwierząt (połączenie z historią Aquy), kilka było patronkami żywiołów i to wszystko sprowadzało się do przywołania Artefaktu Miliona Wymiarów, którego strzec miała któraś z wojowniczek.
Często zamykałam się w pokoju sama i odgrywałam scenki. Z tamtych czasów zostało mi to na przykład. Nóż do rzucania Sailor Gold Star, zrobiony własnoręcznie z papieru i okleiny.

star
W wakacje 1996 zaczęłam pisać pamiętnik. Myślę, że to było bardzo przełomowe wydarzenie, ponieważ zaczęłam pisać! Dwa lata później powstały moje pierwsze, bardzo krótkie opowiadania. Pisałam je na maszynie, a w każdym opowiadaniu było coś o moich znajomych z klasy.
W 1997 roku nastąpiło kolejne przełomowe wydarzenie, za które niewątpliwie muszę podziękować Karolinie P. (obecnie G. jeśli zmieniła nazwisko po ślubie)!
Ta utalentowana plastycznie dziewczyna również zaczęła oglądać Sailory i, mało tego, zaczęła je rysować… Karolina rysowała mangę pastelami olejnymi Pentela w formacie naturalnym (sic!). To jest, jej Sailorki były plakatami naturalnej wielkości człowieka! Miałam Sailor Neptune spod ręki Karoliny, wyższą ode mnie wiszącą na ścianie przy drzwiach. A skoro Karolina zaczęła, to stwierdziłam, że ja też chcę rysować Sailorki.
Dwa pierwsze rysunki Sailor Moon i mojej Sailor Alfa Centauri powstały pewnej nocy przy lampce, gdy byłam sama w domu i mogłam rysować w nocy. Byłam z nich niemożebnie dumna.

 

Karolina pokazała mi jak maluje pastelami, a że też je miałam, zaczęłam również tak malować. Czasem brałam też suche pastele, potem farby i kredki. Karolina była master ołówka i kredek Bambino! Ranyyyy, do dziś wspominam jej Miyu wiszącą na ścianie u niej w pokoju. Epik! Uwielbiała Sailor Saturn i mroczne klimaty (do dziś lubi zresztą, na dowód tego powiem, że w podróż poślubną pojechali z mężem do Transylwanii).
W latach 90. wychodziło takie pismo komputerowe „Secret Service” i było to pierwsze pismo, które zainteresowało się mangą. Ludzie z tej redakcji stworzyli w końcu „Kawaii” i manga i kasety videło z animcami zaczęły szerzej docierać do Polski. Były niemożebnie drogie! A nasz budżet pod koniec podstawówki i początku liceum był mocno ograniczony. Dodatkowo Karolina nie umiała niczego zamówić pocztą (kek! xD) i przesyłki do niej dochodziły bardzo długooo. Ale jednak docierały i udało się zakupić „Evengeliona”, który jako drugi serial zabił nasze umysły do głębi. Karolinie, jako miłośniczce mroku, przypadła do gustu postać Rei. Mi zaś Misato Katsuragi, która jest jedną z dwóch postaci, z którymi się do tej pory utożsamiam. W zasadzie z trzech. Drugą jest Lina Inverse, a trzecią Wokulski…
Oprócz Karoliny była też Magda, która lubowała się w „Archiwum X” i kilku innych rzeczach. Byłyśmy trio szaleńców na różnych punktach. Magda zbierała nam różne rzeczy o Sailorkach i dla mnie o U2, a my jej od Duchovnym i Joe Lando. Piękne czasy!

W „Kawaii” poznałam kilka osób, do których pisałam listy. Jakimś cudem do tej pory ostał się Asiek… Normalnie ja nie wiem jak, nie jestem w stanie tego sobie przypomnieć, ale kontakt jakiś jest i to bardzo fajna sprawa. Asiek to kolejna osoba, która zainspirowana nieco mangą i fantasy została grafikiem. Skończyła ASP i obecnie jest złotą elitą z lvl 100.

Tu chcę jeszcze wspomnieć o pierwszych konwentach, czyli o Dniu z Sailor Moon 1. I kuśwa nie wierzę, ale internet ma w sobie wszystko! Dzień z SM miał miejsce 19 września 1998. Rysunki Karoliny i mój wygrały wtedy drugie miejsce w konkursie rysunkowym! Raaaanyyy! Przecież to były koślawce… I nie wierzę jeszcze bardziej, ale znalazłam zdjęcia z tego i są nasze rysunki!!!!!

 

To zdjęcie znalazłam na anime.com (nie linkuję, żeby hotlinka nie robić :/). Nie wierzę naprawdę, że to się znalazło :O Wygrałyśmy wtedy jakieś gadżety typu naklejki z sailorkami, rodem prosto z Japonii. Ten na górze jest mój, a na dole Karoliny.

dzienzsm

 

Przez całe liceum coś tam rysowałam i trochę pisałam. Bardzo chciałam rysować swoje historie, ale mój warsztat był bardzo słaby. Postanowiłam więc nauczyć się pisać i na tym skupić. Ale dalej rysowałam. Wciąż na bardzo dużym formacie. Rodzice mówili, że maluję bitwy pod Grunwaldem. Ciągle tworzyłam jakieś historyjki i postacie, jak również bardzo mocno poszukiwałam swojego stylu w mandze. Rysunki z tamtych czasów są bardzo różnorodne, albowiem ciągle próbowałam nowych „ustawień”. Dawno już przestałam przerysowywać cudze rysunki czy animce, przez co do tej pory jestem upośledzona i nie umiem przerysować cudzej kreski. Zabawne…
Postacie tworzyłam wtedy często z japońskimi imionami. Mam ich od groma, ale nic o nich nie pamiętam. Oprócz Sankakusu i czegoś nazwanego roboczo „Głębią”. Pod koniec liceum przeżyłam osobistą tragedię plus z hippisa stałam się metalem. Jeśli już słuchałam metalu, to nastrojowego i smutno-mrocznego doom jak Lake of Tears – zwłaszcza ich teksty mnie inspirowały, Anathemy, My Dying Bride i nawet Moonspell’a, a także dużo celtyckiej muzyki. Wtedy zaczął się czas, gdy obrazy samoistnie zaczęły pojawiać się w mojej głowie. Dzięki „Forever autumn” Lake of Tears oraz „Come along” Titiyo powstała Sankakusu – mój pierwszy poważny OC. Dziewczyna niby anioł, ze srebrnym lustrem, bez uczuć, która tylko obserwuje świat, a czas mija i mija. W lustrze czasem widzi człowieka, któremu ma pomóc zsyłając na niego sen, który podpowiada mu rozwiązanie. Ale nie może się pokazywać ani angażować. Wszystko jest owiane tajemnicą skąd ona się właściwie wzięła. Okazuje się, że kiedyś była normalną dziewczyną, która prawie umarłszy w wypadku, zgodziła się na wymazanie pamięci i zostanie tym rodzajem anioła. W pewnym momencie jednak trafia na… swojego chłopaka, który od wielu lat, od jej śmierci, nie może dojść do siebie. Oczywiście go nie pamięta, ani on jej nie poznaje, ale coś się dzieje.
Do Sankakusu mam ogromny sentyment i o niej powstał też jedyny wiersz swój, który lubię i uważam, że jest dobry. Reszta, choć sporo ich pisałam, jest słabiutka, ale były ciekawym doświadczeniem.

 

Okres owej krystalizacji zakończył się z końcem liceum i początkiem studiów. Moje historie zaczynały nabierać rozmachu i bardziej tkwić mi w pamięci.
Pierwsze było „Mizu” o grupie głupawych przyjaciół kończących liceum. Trochę komediowa, a w dużej mierze poważna historia jak to człowiek zaczyna wchodzić w wiek bardziej dorosły i zaczyna odczuwać mocniej piętno rodziny i złe układy towarzyskie wśród innych osób. Z tego są dwie postacie, które bardzo lubię Jynx i Arashi, dwaj muzycy z jednego zespołu. Jynx był pierwszym podejściem do przypakowanego blondyna (opisywałam to nieco przy okazji postaci Allericka).
Niestety, naczytawszy się Ann Rice, naoglądawszy „Hellsinga”, „Princess Miyu” i cholera wie czego jeszcze, miałam jednak fazę na wampiry. Mój pierwszy OC wampir Tsumetai mordował wystarczająco dużo, ale za dnia, gdy nie mordował, był zbyt ckliwy i romantyczny, a potem się zaczął wahać w mordowaniu, więc projekt musiał upaść.
Gdybym to wtedy napisała… byłoby większym hitem od „Zmierzchu”. Siriusli!

 

I nagle… Nastąpił kolejny przełom. To było niczym olśnienie i zwaliło się jak grom z jasnego nieba, niczym teoria względności Einsteina na świat fizyki.
Był to rok 2003, drugi rok moich studiów. Pojechaliśmy do Murzynowa (koło Płocka) do stacji Wydziału Geografii UW na zajęcia z meteo. Nagle wszystko zrobiło się tak głupio inspirujące. Ola, która chodzi. Arbuz wparowujący do naszego pokoju i Justynna spławiająca go słynnym „to ty, chłopcze, wychodzisz”. Prezes z neseserem. I inne zjawiska.
Powstała „Awantura o Kasię”. Książka, która zmieniła moje życie i pchnęła mnie ku pisaniu. Fakt, że dziewczyny czekały z niecierpliwością na każdą część był dodatkowym motywatorem. Poza tym, to było jak kronika, spis wspomnień na następne lata. Zabawne, że czasem pisałam to na fazie – potrafiłam całą noc pisać i pisać non stop. I to nie wyglądało tak, że piszę jedno zdanie, zastanawiam się, skreślam. To był słowotok. Jak patrzę na rękopisy, to tam prawie nie ma skreśleń. 98% było perfekt. Wiele się nauczyłam na tej opowieści. Do dziś nie zapomnę jak musiałam uśmiercić Steve’a i pisałam tę scenę. Ryczałam jak bóbr. Do dziś łzy wzbierają w oczach, jak to czytam i taki niemy krzyk gdzieś w środku się rozlega „Aqua, łaj?!”. Bardzo wiele się nauczyłam pisząc to. Również najważniejszej rzeczy, że pisanie czegoś tak dużego trwa dość długi czas.
Justynna mówiła, że zbyt patetycznie piszę i „jadzie chorążym orszańskim i ferajną”. Ale tęsknię za tymi epickimi walkami naszpikowanymi patetyzmem i wulgaryzmem. Postać czarodziejki Ani, która zamieniła się w demona i wulgarna wojowniczka Ola, której nikt nie pokonał, księżna Katarzyna wspaniała i wyniosła, ale potrafiąca pierdolnąć ze szpady każdemu, kto się przeciwstawi i motyw przewodni z utworu WWO „Damy radę”, a z drugiej strony historie emocji tych wojowniczek. Ech ech ech…
Powstały też inne historie i moja twórczość ukształtowała się w pełni. Bardzo dużo też wtedy rysowałam i uważam, że wtedy najlepiej rysowałam ever.

 

W 2006 pojawił się ostatni z przełomów i zmiana, która została do dziś. Pojawił się internet, Grono i deviantart. A wszystko za sprawą Kokosa i kilku innych osób.
Uwielbiałam Grono. Tam było tak… normalnie. Ludzie normalnie ze sobą rozmawiali, jeszcze nie było hejtu ani trolli. A naprawdę każda osoba, z którą zaczynałam pisać, była fajna i dało się z nią gadać o kupie rzeczy. Ile ja potem długich mejli wymieniałam. Szkoda, że z ludźmi z grona hair rocka straciłam kontakt. Ale za to na gronie rysunkowym wszystko się zaczęło.
Tam poznałam Kokosa, Monstee, Drathe, Minę, Mortisa. Pamiętam, że wraz z Kokosem tworzyłyśmy tak zwaną Elytę i byłyśmy dwie sceptyczne i mroczne (hahaha!). Potem się wszystko przeniosło na deviantart, dokładnie luty 2007 (można sobie sprawdzić w „activity” od kiedy się jest na portalu). Początki były fajne i myślę o nich ciepło. Teraz sporo osób poznikało, ale kilka zostanie w moim życiu na zawsze (Ciepson i Filip). Uwielbiam nasze spotkania artystyczno-alkoholowe! Zawsze wychodzę z nich wtedy jak uskrzydlona i zainspirowana. Nasłucham się Monstee i Kokosa, Nemi, Bonbona… Potem mam ochotę więcej tworzyć.
Obecnie mam mało czasu, ponieważ jednak skierowałam się bardziej na drogę przyrodnika, ale nie zamierzam tego porzucać. Światy w mojej głowie są nieskończone i nowe i nowe historie ciągle są w drodze. Ech… Trzeba spisywać. Wygląda jakbym tak naprawdę nic nie wrzucała, ale w głowie mi się kotłuje.
Monstee pisała, że nie powinno się porzucać pasji. Też tak myślę. Nawet jeśli nie stanowią one twojego głównego zawodu, to warto je mieć, zwłaszcza jeśli to pasje twórcze. Na pewno warto się rozwijać i mieć coś, co rozwija ciebie. To nie jest głupie i w życiu się przydaje, nawet jeśli nie pójdziesz tą drogą w sensie zawodowym.

 

Ten tekst dedykuję wszystkim wspaniałym ludziom, których poznałam dzięki twórczości:
Anka-Kokos, Ciepson, Monstee, Elora, Filip, Nemi, Bonbon, Dariusz, Elwirka, Elena, Milena, Gosia Szalony Żelek, Mina, Mortis, Drathe, Julita a także Asiek i Karolinie

 

Na koniec jeszcze galeria staroci, również rzeczy, które opisywałam w tekście.

7 thoughts on “Historia tfurczości Aquy”

  1. Fajnie spisane trochę taki pamiętnik bardziej niż początki tworzenia :)
    Jednak nie znałam sporej części faktów np. jak przepowiadałaś koniec świata (HAHAHA)
    Kiedyś rozmawiałyśmy o tej bajce Cudowna Podróż, wtedy mówiłam, że tego nie pamiętam ale wygooglałam sobie i jednak pamiętam to ;p A przypadkiem Pszczółka Maja ( która też jak by nie patrzeć jest anime) nie była wcześniej?
    Nie wiedziałam, że miałaś tak wcześnie kontakt z grafiką komputerową jako tako rozumianą. Ja pamiętam, że jeszcze w gimnazjum latałam to ludzi „pograć na kompie” xD a swój własny komputer kupiłam sobie dopiero na 18 urodziny …
    Bardzo fajne wydaje się być to opowiadanie o dziewczynie z lustrem, może warto do niego wrócić ? : ) Z nowym warsztatem.
    Też z wielkim sentymentem wspominam bytowanie na gronie : )
    A ja Ci przypomnę o jeszcze jednej ważnej rzeczy jaka miała wpływ na to co tworzyłaś ; d Nie wiem czy pamiętasz jak siedziałyśmy na ławce na Ursynowie i zadałaś mi pytanie „Nie znasz jakiejś fajnej gry..?” xD Sądzę, że co by nie mówić ale WoW miał zarówno na Ciebie jak i na mnie nie mały wpływ ;)
    Fajno, że dałaś stare rysy – o dziwo nie wszystkie widziałam mimo, że dane mi było przeglądać rysy z szuflady xD

    PS.Ten symbol na nożyku do rzucania kojarzy mi się z jakimiś okultystycznymi znakami xD
    Ps. Wokulski mnie zabił ahahaha xD Idealne towarzystwo

    1. Poszukałam i „Maja” chyba była wcześniej. Nie mogłam znaleźć dokładnej daty. Ale nie poruszyła mnie, bo wolę ptaki od owadów ;d
      Nie pisałam o WoWie jak również o kilku innych rzeczach (np Formule 1), które miały większy od WoWa wpływ. WoW miał wpływ taki, że świat stworzony jest inspirujący, ale nie uważam, żeby miał straszny wpływ na moją twórczość. Z perspektywy mojej głowy, więcej czasu zajęły mi inspiracje F1 niż WoWem. Nikt tych tekstów ani wizji nie widział ^^ a jest ich od cholery.
      WoW miał większy i niezaprzeczalny wpływ na moje życie prywatne. Nie neguję inspiracji które mi daje, ale są one dalej na liście największych.
      Nie opisywałam też jak zaczęłam robić zdjęcia (abałt 1996 czy cuś).

      Co do mojego komputera, to ja miałam tę Amigę w latach 90tych a potem dłuuugo dłuuugo nic, dopiero po 2003.

      Co do dziewczyny z lustrem to nie wiem, czy chcę do tego wracać :| Aaaa i zapomniałam jej rysunków dać :< a miałam przyszykowane. Dzięki za odwiedziny tato! ;D Tak jestem złem, już od najmłodszych lat terroryzowałam ludzi xD

  2. Super! A do dziewczyny-anioła z lustrem istotnie warto wrócić, ma się rozumieć nie ograniczając się do wątku miłosnego, bo pomysł ma znacznie większy potencjał :) Jakoś tak mi się teraz ten anioł skojarzył z jedną z ostatnich scen z w filmie Interstellar. Zawsze mnie fascynowało połączenie sci-fi z mistyką :)

    1. No nie wiem czy wrócę, to był specyficzny czas kiedy to pisałam/wymyślałam i sporo własnych przemyśleń tam wrzucałam (człowiek dorastał) plus genetyka zryła mi mózg. Serio, nie czytaj książki „Samolubny gen”. Jest mega, ale po tym twoje życie nie będzie takie samo xD
      Ten wątek to miłosny nie był. Nie było tam scen, tylko bardziej psychologia.
      Dzięki za komentarz. Fajnie jakbyś ty też coś napisał, choć mi dużo opowiadałeś ;d

  3. Noo powiem Ci, że ten post to jeszcze dodatkowo kawałek historii dawnych technologii gamingowych na które się raczej nie załapałam hehehe Bardzo się cieszę, że idąc mym tropem opisałaś swe początki, miło się je bardzo czytało choć przyznam że co poniektóre rzeczy mnie nie zaskoczyły (chyba brak obecności Sailor Moon w inspiracjach byłby dla mnie szokiem HAHAHA). Co do tego komentarza Filippo to teraz pewnie gdybyś wróciła niejeden projekt pewnie doszlifowany to mogłyby z całkiem zacne stuffy wyjść choć z tego co widzę, ostatnio Czarodziejkami swymi szalejesz vectorowo więc takie koło się zatoczyło trochę. Wybacz też, za tą bierność w napisaniu komentarza, przeczytałam to znacznie wcześniej ale staram się obecnie korzystać z netu tylko w pociągu(odwykuje się) i w przerwach w pracy bo nic mi nie idzie przez te sociale wszystkie lol PS. Czytałam na zdalnym urządzeniu ten wpis (tablet 7′) i stronka się wyświetlała bardzo zacnie – nawet jeszcze lepiej niż w przeglądarce tylko nie wiem z jakiego powodu co kilka sekund na ułamek sekundy tracił tekst ostrość a potem wracał do normy i tak cały czas, jakby w tle coś to powodowało, to tak tylko zgłaszam jako ciekawostkę.

    1. Dziękuję ci Monsteru za odwiedziny :D
      No dzięki tobie napisałam i było to bardzo fajne :) Jak podróż podsumowująca. Cieszę się, że napisałaś.
      Co do starych projektów. Bardzo ciężko do tego wrócić. Ja się bardzo inspiruję pewnymi rzeczami i kiedyś to było u mnie jeszcze większe. Na przykład tamto opowiadanie było bardzo osobiste mimo wszystko :/ I nie wiem, czy jestem w stanie teraz napisać tak, żeby przekazać dobrze to, co wtedy chciałam przekazać. Ale skoro Wam się to spodobało, to może dam jakiegoś arta czy coś. W sumie to dobre na mema „draw it again”.
      Co do rozmywania strony.
      To może być przez tę animację na górze, w sidebarze ;o Spróbuj najechać obrazem na to i zobaczyć czy w pół sekundy po tym się rozmywa.
      Stronka jest dobra, ale teraz się uczę o responsywnym dizajnie. To ma duży sens. I kiedyś będzie trzeba znów zmienić. Ta strona po prostu się dobrze skaluje :D U mnie na tablecie też się czasem rozmywa ale nie cyklicznie.

      1. Mem draw itd again zawsze jest czymś co lubię oglądać u ludzi więc ja jak najbardziej jestem za tym^^ Co do obrazka to spróbuję kliknąć i jeszcze poteścić to zobaczymy co z tego wyjdzie ale na szczęście nie jest to coś co uniemożliwia korzystanie ze strony i fakt skaluje się zacnie XD

Pozostaw odpowiedź Aquamarine Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *